poniedziałek, 21 lipca 2014

B

,Sztuka Umierania

Jesień jest poezją. Nie wie o tym żaden słownik, nie deklaruje tak żadna definicja. Ale one wszystkie nijak mają się do rzeczywistości, gdy jesień w końcu nadchodzi. Przecież ona jest poematem; poematem ludzkich przemyśleń, westchnień i tęsknych spojrzeń; jesień jest jazzem barw o rdzawych odcieniach.
Jest grupką roześmianych dzieci, które skaczą w zgrabioną dopiero co kupkę liści.
Jest kubkiem ciepłej herbaty z miodem i z cytryną w chłodne, deszczowe wieczory.
Jest gryzącym, wełnianym swetrem udzieranym przez troskliwą babcię.
I jest starszym panem w tweedowym płaszczu, który siedzi na ławce w parku, wsparty na swojej drewnianej lasce i wspomina wszystkie jesienie swojego życia.
Jesień jest pokaźną kolekcją kasztanów, zbieranych z chodników chyba już jedynie ze zwykłego sentymentu.
Jest zarumienionymi od smagającego mrozu policzkami.
I jest też splecionymi dłońmi spacerujących, młodych zakochanych, którzy z premedytacją nie zabrali z domu rękawiczek.
Jesień jest złym urokiem, który ogarnia melancholią niewinne, dziewicze serca.
Jest pełnymi nostalgii wspomnieniami tegorocznego lata.
Jest w pewien metafizyczny sposób symbolem przemijania, kiedy to niegdyś pełne życia, zielone liście usychają i opadają z drzew, lawirują na wietrze bez własnej woli.
Jesień jest drżącymi z samotności ramionami, gdy ukochane błękitne niebo ukryło się przed nami za baldachimem ciężkich, burych chmur.
I jest żalem i bezradnością człowieka, który bez parasola wracał zmęczony z pracy i został złapany przez mroźną ulewę.
Jesień jest zarazem moim miłosnym wyznaniem i moim złamanym sercem,
ponieważ ona, ta jesień, pod maską liryki i podniosłości, urokliwej atmosfery pełnej rozmarzonych, przepełnionych nadzieją idealistów, jest również niczym innym, jak powolnym procesem umierania.